Udało mi się doprowadzić do porozumienia z pewnym influencerem, który w swoim poście na Facebook użył słowa „schizofrenik” w bardzo negatywnym kontekście. To słowo zostało usunięte. Jestem mu za to wdzięczna.
Zareagowałam, bo skala ma znaczenie. Prawie milion obserwatorów, to ogromne pole oddziaływania. W mediach społecznościowych mamy realną moc wpływu, dlatego moje pierwsze przesłanie jest proste: reagujmy!
Dlaczego to dla mnie ważne? Bo znam wiele osób chorujących na schizofrenię. Znam je jako osoby inteligentne, pracujące, mające rodziny i realizujące swoje pasje. Wiem też, jak trudne bywa dla nich ujawnienie diagnozy w nowych relacjach, bo sama nazwa choroby wciąż budzi lęk i uprzedzenia, a słowo „schizofrenik” jest jakby synonimem zła wszelkiego, od którego należy trzymać się z daleka.
Ten przeogromny ciężar stygmy wywodzącej się z choroby schizofrenii jest wytworem odległej przeszłości, kiedy to medycyna pozostawała bezsilna wobec objawów choroby. Kilkusetletnie historia traktowania osób zmagających się z kryzysem psychicznym jest w dużej mierze historią izolacji, przemocy i lęku przed innością.
Ale dziś żyjemy w XXI wieku. Mamy skuteczną farmakoterapię i różne formy terapii. Wiele osób osiąga długotrwałą remisję, ma wgląd w swoją chorobę i potrafi rozpoznawać pierwsze sygnały nawrotu.
Faktem jest, że objawy choroby mogą być trudne lub nieakceptowalne w odbiorze społecznym – podobnie jak kaszel czy kichanie. Naturalnym jest by chronić siebie, ale tworzenie i przypinanie ludziom etykiet – często na całe życie – jest zbędne i krzywdzące.
Nie stygmatyzujmy! To realnie krzywdzi i może nasilać cierpienie.
Otwartość i odpowiedzialność za słowa to coś, co naprawdę możemy zrobić.
I do tego zachęcam.
